Wrzesień 2019 rok
01.02.22 - 14.03.22
          
[8 I]
16 VII
[28 I]
Urodziny Rachel
Wątek otwarty dla wszystkich
06 IX
[03 III]
Lekcja Numerologii
Lekcja dla VII rocznika
0000
0000
0000
0000
  Kolejny rok dobiega końca.
  Rok, który był wyjątkowy, taki w którym wiele się zmieniło, ale też taki, który przynosi nadzieję na nowy, lepszy początek.
  Przede wszystkim nasza Hogwarcka kadra uległa dużemu przerzedzeniu. Przeciwko dyrektorowi Darby’emu wystosowano zarzuty korupcji, nepotyzmu jak i ogólnego łamania prawa, w które zamieszanych było część nauczycieli. Z powodu licznych skandali został on odsunięty od władzy, a w miejsce profesorów ściśle współpracujących z nim, zatrudniono nowych. Mamy wciąż z tego powodu braki w kadrze, ale nowa pani Dyrektor robi co w jej mocy aby Hogwart stał się lepszym miejscem.
  Nadszedł też czas aby ogłosić wyniki na które wszyscy czekali — kto zdobywa Puchar domów?
  Z radością pragniemy ukoronować dom, który zdobył największą ilość punktówy, wykazał się wkładem i zaangażowaniem w życie swojej małej społeczności i doprowadzili ją na szczyt. W tym roku szkolnym zwycięzcą z 1062 punktami zostaje Hufflepuff! Wszystkim mieszkańcom domu Borsuka gratulujemy, a pozostałych zachęcamy by podążali ich śladami. Drugie miejsce z 989 punktami zajmuje Ravenclaw, trzecie miejsce z 874 punktami Gryffindor i czwarte miejsce należy do Slytherinu z 834 punktami.
  Lato nadchodzi, wszystkim wam życzymy mnóstwa przygód, dobrej zabawy i wypoczynku. Pragniemy was jednak prosić o roztropność i uwagę, byśmy mogli się spotkać wszyscy po wakacjach. Na wyspach dzieje się wiele dziwnych rzeczy, uważajcie na siebie, nie podejmujcie zbędnego ryzyka i przede wszystkim pamiętajcie, że to od waszych decyzji zależy, czy uda wam się spędzić szczęśliwe lato.

EpiskeyHiszpania
#1
Hiszpania
Hiszpania ma długą historię i bogate dziedzictwo kulturowe. Przez setki lat była częścią Starożytnego Rzymu, w XV wieku stworzyła własne Imperium Hiszpańskie, jedne z największych imperiów w historii świata – imperium, nad którym nigdy nie zachodzi słońce. Dzisiejsza Hiszpania jest krajem rozwiniętym o bardzo wysokim wskaźniku rozwoju społecznego i dobrej jakości życia.
Kraj ten słynie z produkcji zaczarowanych samochodów, kreowania nowych magicznych przestrzeni i wymyślnych potraw bazowanych na magii.
Odpowiedz
#2
Podobno Hiszpania była jednym z najsłoneczniejszych i najcieplejszych państw Europy; dwójki czarodziejów nie powitała jednak piękną pogodą, a szarugą i ulewnym deszczem, który nieco utrudniał lądowanie. Motor zawarczał, zniżając lot, aż w końcu jego koła odbiły się od mokrego asfaltu raz, drugi, trzeci, by w końcu osiąść na gruncie, rozpryskując wokół całą masę błotnistej wody. Mężczyźni mogli być jednocześnie wdzięczni tej okropnej pogodzie: na ich drodze nie stanął żaden mugol i nie musieli obawiać się, że lada moment zaczną być ścigani za naruszenie zasad tajności.
Musieli jednak znaleźć właściwy punkt zaczepienia — trafić do domu rodzinnego Luny lub poszukać schronienia, tym bardziej, że mokre ubrania i przemarznięte ciała lada moment mogły zaowocować złapaniem jakiegoś choróbska (albo i nie, czas pokaże). Plus, wypadałoby chyba zająć się także żołądkiem, prawda? Czarodziej, czarodziejem, ale fizjologia potrafiła wygrać z wszechpotęgą mocy magicznej.

Komentarz Mistrza Gry
Można powiedzieć, że nic ciekawego — na razie bawimy się w decydowanie i dbanie o organizm, itd. Możecie spodziewać się postów MG w miarę postępu fabuły, zaś, jeśli macie ochotę kogoś wrobić w odgrywanie postaci NPC — jest na to zgoda.

Gracze
@Jaziel Luna @Vasil Darkintis
W postach, w których podejmowane są decyzje na temat waszego dalszego postępowania, proszę oznaczać mnie (aka Kota) na kanale #twój-ruch z linkiem do fabuły. Jeśli tagujecie tutaj, to proszę o tagowanie konta adminowskiego, a nie MG.
Po wszelkie informacje możecie zgłaszać się na priv.


Odpowiedz
#3
Dobra.
Wdech i wydech.
Spróbował dostosować się do instrukcji Luny, chociaż łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić, zwłaszcza gdy wcześniej spożyty posiłek chciał się uzewnętrznić i wyjść na światło dzienne.
Zamknął oczy, próbując sobie zwizualizować bardziej przyjazne okoliczności bon voyage do Hiszpani, ale to nie było łatwe zadanie. Nie miał żadnych wątpliwości, że on i motocykl woźnego nie zostaną najlepszymi kumplami; Vasil właśnie odkrył choroba lokomocyjna. Jak już miał na czymś latać, to na pewno lepszym środkiem transportu był hipogryf, czy chociażby smok, bo dzięki temu, że jego matka była maniaczką tych urokliwych stworzeń, miał okazje wzbić się w przestworza na tym "wierzchowcu"; do dzisiaj nie zapomniał tego uczucia.
W tym wypadku niekorzystane warunki atmosferyczne były zbawienne, przede wszystkim działały na niego otrzeźwiające i chociaż skostniały mu palce, to jednak nie chciało mu się już wymiotować i w głowie przestało mu się kręciło.
- Po prostu nic nie mów. Zamilcz - poprosił go, gdy znowu zarejestrował głos woźnego; wiedział, że mężczyzna chciał mu umilić tę podróż, uczynić ją bardziej znośną, ale Litwin sam musiał się z tym uporać.
Warkot silnika przestał być już tak dokuczliwy jak przedtem. Vasil w końcu otworzył oczy i spojrzał w dół. Nie miał lęku wysokości. Poczuł się odrobinę pewnie, gdy już wiedział, w jakim znajdował się położeniu. Bardziej świadomy swojego położenia, mógł swobodniej odetchnąć.
- Na słowo honoru, ale tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. Nawet nie próbuj - pozwolił sobie nawet, żeby żartobliwa nuta zakradła się między słowa. Byle Ramona nie rozłoży go na łopatki. Nie chciał też być balastem dla Luny. Pamiętał o celu podróży. W zasadzie stał się jej częścią, bo się uparł. Miał być mu wsparciem, nie ciężarem. Musiał wziąć się w garść. - Ładnie tu - skomplementował; dobra wróżba - żołądek przestał się wyrwać do przodu.


@Jaziel Luna
Odpowiedz
#4
Hiszpania lubiła robić mu niespodzianki. Nie zawsze te, które dobrze wspominał, ale z całą pewnością mocno trzymające się jego kory mózgowej. Nogi dawały Lunie w kość, ale należało być mężczyzną i się nie dać. Czy nie przeżył w życiu gorszych chwil? Nieprzewidywalnych walk, gdzie wypluwał własne zęby, a potem musiał tydzień umierać z powodu ich odrastania po eliksirze od Elicii? Zaklinowania się w jednej z sal, gdzie były zaczarowane krwiożercze meble niereagujące nawet na najbardziej zaawansowane czary żywiołu ognia? Upadku z wysokości, gdzie popchnęła go jedna ze zrozpaczonych kobiet Carlosa? Właśnie. Taki ból to był nic. Tak samo jak deszcz i wiatr.
- Prawda, że przyjemnie? Lekki deszczyk na otrzeźwienie! - przekrzykiwał wiatr z solidnie zaciśniętymi zębami, przez co brzmiał jak nie śmiesznie to przynajmniej niedorzecznie. Nie byłoby aż takim dziwnym stwierdzenie, że Luna mógł robić z premedytacją. Z czystej złośliwości, że Vasil zdobył coś tak głupiego jak ruszenie z nim bez żadnego zastanowienia i wzbudził w nim nie tylko wewnętrzne zmieszanie, ale i inne absurdalne odczucia. Na sprawdzenie pogody przed ruszeniem nie było czasu, toteż nic dziwnego, że złapało ich takie dziadostwo. Ale jakoś przeżyli. Oczywiście, co jakiś czas upewniał się, że stażysta był na swoim miejscu, plus poprawiał mu stanowczo ręce, na co Ramona nie reagowała najlepiej. Na słowa, które padły od Vasila, nie mógł powstrzymać triumfującego uśmiechu, którego ten nie miał jak ujrzeć.
- Coś mówiłeś? Nie słyszałem. Powinieneś mówić głośniej. Ja postaram się mówić więcej, żebyś nie czuł, że cię zaniedbuję - dzięki temu mógł łatwiej zapomnieć o chłodzie i o tym jak nawet tyłek mu zdrętwiał od siedzenia w jednej pozycji i do tego w takich warunkach. Inne słowa, które padły, gdy zaczęli się zniżać, skwitował jednym i dosadnym słowem.
- Estúpido - przetrzymał kierownicę, żeby zaraz z wyraźną przyjemnością, która objawiała się szeregiem ciarek po kręgosłupie, wciągnąć świeże, znajome powietrze i niespiesznie je wypuścić. Błotem Jazz się nie przejął, bo i tak zamierzał wyszorować wszystko porządnie. Rozejrzał się jeszcze pospiesznie, żeby się upewnić, że nikogo nie było i przy okazji zorientować w otoczeniu.
- Tu? To na razie nic - parsknął, zerkając wreszcie do tyłu na niego, wlepiając równocześnie i brązowe i niebieskie oko. Ściągnął przy okazji swój kask. - Puste, proste tereny. Jesteśmy w okolicy biedniejszej dzielnicy, więc gdy będziemy w Grenadzie, to wtedy dopiero zobaczysz coś naprawdę zjawiskowego. Stawiam, że - przyjrzał się pobliskiemu dębowi korkowemu i zaraz potem przyuważył w oddali kształty przypominające palmy. - Jesteśmy blisko Malagi, jeżeli nie w niej. Trzeba zabezpieczyć gdzieś tymczasowo Ramonę i będziemy mogli iść do mojego wuja, znaczy ojca mojego compañero, Ricardo. Powinien nam pomóc. Ma stoisko z rybami na uboczu.
Słońce grzało, ale było stanowczo za słabe. Brudny i przemoczony, odsunął od siebie Vasila, który nadal siedział jak kołek i chyba czekał na cud. Nie wylądowali idealnie, ale lepiej niż zakładał.
- Ramona, spisałaś się - pocałował ją między uchwytami, na co motocykl czule warknął i radośnie sypnął iskrami. - No, wysiadaj. Muszę jeszcze ją wyczyścić. Jak dobrze pójdziesz to będziesz mógł się umyć mydłem. Bierz bagaże.

@Vasil Darkintis
[Obrazek: tumblr_mpj6az2TcG1qgdtr7o6_250.gif]

Where'd all the time go?
It's starting to fly
See how the hands go
Waving goodbye
Odpowiedz
#5
Pomimo iż droga do Hiszpani upłynęła pod znakiem nieprzystępnych warunków atmosferycznych i atrakcji serwowanych głównie przez jego organizm nieprzystosowany do poruszenia się na mugolskim środku transportu usprawnionym magicznie, to jednak, zaraz po lądowaniu, Litwin poczuł nowy zastrzyk energii, widoczny na jego twarzy pod postacią lekkiego uśmiechu. Ani symptomy zmęczenia, ani tym bardziej przemęczone ubrania nie miały takiej siły przebicia, by wpłynąć na jakiego samopoczucie, gdyż przywykł do takich spartańskich warunków. Przebywanie w litewskich lasach pod protekcją seniora rodu dostarczyło mu wielu wyrażeń, a survival nie był mu obcy, tak samo jak kontakt z przyrodą, o czym świadczyły blade szramy przecinające skórę na przedramionach.
Po wylądowaniu, z nieskrywaną ulgą sunął się z siedziska pojazdu, kontemplując krajobraz. Pusta przestrzeń nie wzbudzała w nim przerażenia, ani żadnych innych nieprzyjemnych odczuć – nie przytłoczyła go swoim ogromem, a wręcz przeciwnie - wzbudzała zainteresowania, przyciągała jego uwagę, sprawiając, że chciał zobaczyć, jakie kryła tajemnice, jednakże mając z tyłu głowy cel ich podróży, nie zaproponował Lunie beztroskiego zanurzenia się w objęciach przygody. Obserwował jego poczynania z motorem, mrużąc na moment oczy.
- W tej proście tkwi piękno i siła - mruknął refleksyjnie pod nosem, bo to nie hałas generowany przez tłum na zatłoczonych ulicach go fascynował, a cisza, jaka emanowała od tych zapomnianych przez żywych terenów, niemniej jednak Hiszpan najprawdopodobniej nie podzielał jego opinie, a Vasil nie zwykł się uzewnętrzniać. Pochylił się zatem nad poruszoną przez woźnego problematyką w formie rzucającego się w oczy motoru. - Najskuteczniejsze będą zaklęcia transmutacyjne. Pomniejszymy ją do rozmiaru kieszonkowego i zmniejszymy jej masę - zaproponował, podejrzewając, że Luna będzie się czuł pewniej, jeśli motor będzie ich towarzyszem podróży; już wcześniej udowodnił mu, że darzył ją sentymentem, nie sądził jednak, że te przywiązanie wykraczało poza najzwyklejszy sentyment..
Sam nie był mistrzem transmutacji, więc nie podjął się tego zadania, a ten osobliwy widok, jaki po chwili się wyłonił, sprawił, że mimowolnie parsknął.
- No no, Jaziel Luna odsłonił swoją romantyczną stronę natury? - Zarzucił torbę na ramię, nie kryjąc rozbawienia. - Mogłeś mówić, że mydło to towar deficytowy. Zachowam pozory przyzwoitości i przejdę się kawałek. – No co? Czuł się mimo wszystko trochę niezręcznie, gdy Luna tak czule obchodził się z m o t o r e m. - Nic mnie po drodze nie zabije, prawda? Nie chcę wam przeszkadzać w tym intymnym akcie.
Poczekał aż Jaziel okaże swojej lubej trochę uczucia i ją wyczyści, ale zgodnie z zapowiedzią nie starczał w jednym miejscu. Przeszedł się kawałek wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu szczęścia, aczkolwiek miał pecha, gdyż się na niego nie natknął i wrócił do Hiszpana z pustymi rękami.
- Jakie unikatowe gatunki stworzeń można tutaj spotkać? - zapytał, powołując się na doświadczenie Hiszpana, gdy ten majstrował czule przy swojej kochance. Przyzwoitość go opuściła.

@Jaziel Luna
Odpowiedz
#6
Luna potrzebował dłuższej chwili, żeby się na nowo przyzwyczaić. Ciało mogło reagować tak jak powinno, biorąc pod uwagę znajome zapachy i widoki, ale on sam, psychicznie, zdawał się nadal nie wierzyć, że to się działo. Tu i teraz. Minęło sporo czasu od poruszania się po Hiszpanii intuicyjnie. Zazwyczaj kierunek był typowo do jego domu i z powrotem do zimnej i nieprzystępnej Anglii. Niezrozumiałe reakcje Vasila, którego humor zmienił się o 180 stopni. Najwyraźniej czarodziej szybko wracał do normy. Szkoda, chętnie by skorzystał jeszcze z sytuacji, przeciągając ją, żeby dać mu odczuć realnie brak rozumu. Musiał sobie wyrobić solidną wytrzymałość. Było to jakimś plusem, choć pozbawiało zabawnego elementu dalszej wycieczki. Przynajmniej na ten moment.
Otaczały ich zewsząd wydmy, najpewniej nadmorskie i bór bagienny, o ile dobrze zapamiętał charakterystykę tych terenów. A tak to duży kawałek pustej, niewykorzystanej przestrzeni i, o ile go nie wyburzyli, pustostan schowany przed wzrokiem obcych. Gdy był młodszy, często wraz z resztą ekipy błądził po okolicach, zapuszczając się w miejsca, w których obecność ludzi zdawała się być sporadyczna. Żaden typowo stały element. Ewentualnie dobierali wspólnie takie części miast, gdzie więcej było faktycznych mieszkańców danego miejsca niżeli turystów.
- Proszę, proszę, jaki filozof się w tobie przebudził. Potrzebujesz więcej czasu, żeby wrócić do swojego starego ja? - zdawał sobie, że zabrzmiało to, co najmniej opryskliwie, ale nie chciał, żeby Vasil wiedział jak bardzo podzielał to zdanie. Jak traktował to poważnie, a już w szczególności wzmiankę o sile. Ale to było nic. Nic w porównaniu z Grenadą, bo przecież nic nie mogło równać się z domem.
- To jest wymagający sprzęt. Może być nadwrażliwy na magię po tym wszystkim. Transmutacja to zawsze ryzyko. Zresztą, jesteś na tyle pewien swoich umiejętności w tym zakresie? Bo ja nie.
Starał się spojrzeć na to trzeźwym okiem, dodatkowo znał się na tyle na sprzętach, żeby móc przypuszczać, że takie machinacje mogłyby się negatywnie odbić na motorze. - Lepiej nie ryzykować.
Na moment się zatrzymał, zastanawiając się nad ewentualnym podziękowaniem, ale następne słowa sprawiły, że porzucił ten zamiar.
- Cállate ya - rzucił za to, patrząc na niego spod byka. Traktował takie rzeczy poważne i o swoje rzeczy należało się odpowiednio troszczyć. Wszystko po to, żeby wspólne działanie miało rację bytu. Szacunku do rzeczy nieożywionych nauczył go padre. Przynajmniej do tych, które miały jakąś wartość.
- Porządne mydło nie jest łatwe do zdobycia. Oznacza to taki środek, który sprawi, że nie będziesz cuchnąć po 20 minutach chodzenia w słońcu. Poza tym umycie się w porządnych warunkach to inna un par de chanclos. No ale idź. Tylko spróbuj się nie zgubić, bo inaczej cię tu zostawię. Może będziesz miał szczęście i nie zabije cię jakieś pikujące licho, wędrowna chimera lub czupakabra z nielegalnej hodowli? Buena suerte compañero.
Czy traktował Vasila jak dziecko? Skądże znowu. Ściągnął w międzyczasie całkowicie ubrudzoną i przemoczoną koszulę roboczą, zostając w wilgotnym podkoszulku i wysuszył go za pomocą różdżki. W końcu magia używana do codziennych czynności nie miała dla Jazza sekretów. Ze spodniami zeszło mu nieco dłużej. Wyczyszczenie Ramony zajęło mu z dobre dziesięć minut, bo w końcu miał w tym niemałą wprawę i wcale nie potrzebował do tego specjalnych specyfików. Na usługi godne salonu urody dla motocykli, musiała jednak poczekać. Na razie prezentowała się wystarczająco dobrze. Przynajmniej z zewnątrz, bo to, co było w środku, wymagało przeglądu u specjalisty. Przesunął dłonią ze spękaną skórą po będących w nieładzie kosmykach i rozciągnął się przed powrotem Darkintisa. Wszędzie było odrobinę zieleni, a tak to głównie piach i pył. No i powoli rosnący gorąc tuż po tym jak przestało padać. Przynajmniej na chwilę. Luna znał parę zaklęć, które jednak mogły ułatwić im dalszą drogę.
- Pomożesz mi - nie pytał, po prostu zaciągnął go do pomocy, ściągając wcześniej resztę bagaży, w tym dwie miotły, bezpiecznie ukryte w większej torbie. Przeszli z Ramoną kawałek, została ona w międzyczasie wyłączona i zabezpieczona wstępnie kilkoma czarami.
- No to o co pytałeś? O jakieś unikatowe gatunki stworzeń, co? Ha, trochę średniego rozmówcę sobie do tego dobrałeś, zdajesz sobie sprawę? Ale niech będzie. Mogę spróbować coś ci podpowiedzieć - różdżką zmienił kolory pojazdu i użył okolicznej roślinności, dostosowując do swojej wizji. - Jesteś w tym dobry, co, Bambi. Ruszyłbyś tyłek i zadbał o dodatkowe środki ostrożności.
Otarł pot, a może deszcz, cholera już to wiedziała, z czoła, znajdując wiekową chusteczkę w jednej z kieszeni spodni i solidnie w nią smarkając. Suchy katar był jednym z największych dziadostw.
- Ojciec Ricardo pewnie będzie wiedział więcej, ale tak ogólnie to na pewno mamy błotoryje, jak chcesz to mogę cię porządnie wysuszyć, tonto, świergotniki, zmutowaną odmianę żądlibąków, bo jakiś kretyn je tu sprowadził i stworzył tyle, że wymknęły się mu spod kontroli, parę Leucrottów... no coś pewnie się znajdzie. Takie pikujące licha, może i faktycznie mantykora, no a już z całą pewnością ogniomioty katalońskie, o ile wie się, gdzie ich szukać. Często zmieniają swoje położenie, skubane, ale nic dziwnego. Ostatnio mówiono, że jeden osobnik wypoczywał w Costa del Sol - odrobinę parsknął pod koniec, chowając różdżkę i idąc pewnie przed siebie, w pewnym momencie schodząc w dół, po tym jak przeszedł na lewo. - A i zachowuj się. ¿comprendido? To ludzie, których znam i którzy i mnie znają. Tylko... trochę inaczej niż ty. Nie zdziw się.

@Vasil Darkintis
[Obrazek: tumblr_mpj6az2TcG1qgdtr7o6_250.gif]

Where'd all the time go?
It's starting to fly
See how the hands go
Waving goodbye
Odpowiedz
#7
Dissimulo
Rzut d100: 47


Repello Mugoletum
Rzut d100: 87


- Atsiprašau, aš nekalbu ispaniškai – powiedział tylko, gdy Luna zaszczycił go typową dla siebie opryskliwością, na dodatek racząc go czułym „zamknij się” w rodzimym języku. Nie polemizował ani z paskudnym nastrojem Hiszpana, ani tym bardziej z argumentami, jakie przytoczył, by zapewnić ochronę swojej ukochanej, po prostu odszedł na chwile, by przejść się kawałek i rozprostować nogi, a przy okazji rozkoszować się krajobrazem. Jakie tajemnice kryły się w tej pustej, niezagospodarowanej przestrzeni? Nie zaspokoił swojej ciekawości, choć podążenie za tropem przygody było niewątpliwie kuszącą perspektywą, jednakowoż puszczenie wodzy fantazji nie mogła w tym wypadku konkurować ze zdrowym rozsądkiem, który odniósł bezapelacyjny triumf w tym starciu. Konfrontacje z pikującym lichem, wędrowną chimerą czy czupakabrą, wspomnianymi przez Lunę, musiał przełożyć na inne, bardziej sprzyjające ku temu okoliczności.
Gdy z parawanu chmur wyjrzało słońce i z nieba zaczął lać się typowy jak na ten region żar, Vasil przypomniał sobie nie tyle co o trudach podróży, a o jej niekorzystnym wpłynie na organizmem, bo chociaż jego był zahartowany i nie odczuwał tak boleśnie symptomów zmęczenia, jak znaczna część populacji, to jednak nie mógł ignorować ich w nieskończoność. Nasunął na oczy okulary przeciwsłoneczne, by osłonić je przed niekorzystnym efektem promieni UV, ale, pomimo iż robiło się cieplej, nie zdjął kurtki, chcąc chronić skórę przed oparzeniem. Jaziel miał racje. Musieli jak najszybciej znaleźć dach nad głową. By jak najszybciej wcielić ten plan w życie, pomógł przepchać Ramonę kawałek dalej, uprzednio odkładając torbę, żeby nie zawadzała w tym produktywnym zajęciu.
- W zasięgu wzroku nie widzę żadnego magizoologa. Mam ograniczone pole wyboru, więc zostaje rozmowa z tobą. Wiem, marne pocieszenie, ale jobb ma egy veréb, mint holnap egy túzok, na pewno napotkałeś na tych terenach coś więcej poza piachem i kurzem, gdy się po nich szwendałeś –stwierdził, wnioskując, że Jaziel często tu bywał, zatem nie miał zamiaru dać za wygraną. – Jak nie skończysz z tym Bambim, to uznam, że masz do mnie słabość. A może celowo chcesz wzbudzić zazdrość w tym ustrojstwie? – w międzyczasie sięgnął po różdżkę. - Obiecuję, że te zabiegi nie będą bolesne.
Wygiął usta w złośliwym uśmiechu, ale dla odmiany postanowił być przydatny. Wystosował na tym ustrojstwie dwa zaklęcia – jedno po drugim. W pierwszej kolejności Dissimulo, dzięki któremu pojazd zniknął z zasięgu wzroku, a w drugiej trochę bardziej skomplikowane - Repello Mugoletum.
- Gotowe, czysta prowizorka, ale nikt w przeciągu czterdziestu ośmiu godzin nie powinien porwać twojej ukochanej i wykorzystać jej do niecnych celów - oznajmił - i jasne, nie krępuj się. Bycie przedmuchanym przez twoją różdżką to szczyt moich marzeń. - Nie mógł się powstrzymać, skoro Jaziel sam wciskał mu do dłoni amunicje. - Costa del Sol jest daleko stąd? - kto by nie chciał stanąć oko w oko z ogniomiotem katalońskim.
Podążył za nim, chłonąc krajobraz, jaki miał w zasięgu wzroku. Nie spodziewał się tutaj tyle pustej przestrzeni, gdzie na każdym kroku mogło czyhać niebezpieczeństwo. Już zaczął pojmować skąd ta dzikość w naturze Luny. Flora tego terenu musiała odbić się na jego wychowaniu.
- Czyli rozumiem ,że w ich towarzystwie nie nazwiesz mnie "Bambim"? - z trudem stłumił rozbawienie. - Powiedz mi, czego mam się spodziewać. – Vasil potrafił dostosować się do każdych okoliczności, niezależnie od tego, jak bardzo niekomfortowe by były, ale potrzebował większej ilości informacji.

@Jaziel Luna
Odpowiedz
#8
Wymiana takich czułości stanowiła najwyraźniej stały element ich typowych rozmów. Nie miał pojęcia, kiedy to się rozpoczęło i czy w ogóle miało szansę, żeby się zakończyć. Luna nie przywykł do wyobrażania sobie scenariuszy pt. "A co by było gdyby...". Życie zdawało się być wystarczająco upierdliwe i męczące w typowej dla siebie odsłonie. Nie widział potrzeby, żeby dokładać jeszcze więcej. Zresztą, Vasil sam działał w tym zakresie powyżej oczekiwań. Jak hiszpański nie był mocną stroną stażysty, tak i litewski nie odnalazł drogi do uszu woźnego. Kojarzyło się mu to z pijackim bełkotem.
Fantazja fantazją, ale nie uśmiechało się mu bieganie za rzucanym po okolicy ciałem Darkintisa. Stworzenia, szczególnie te dzikie, trzymały w zanadrzu sporo sztuczek, a życie w Hiszpanii sprzyjało wykształceniu się ostrzejszych instynktów. Na rozbudowane opowieści doskonałe do ogniska nie było czasu.
Zerknął na niego z ukosa, ale oprócz pobłażliwego współczucia, z jego ust nie wydobyło się nic więcej.
- Dobrze. Tym razem powiem po angielsku, bo widzę, że jesteś uparty, co świadczy o albo większej przebiegłości, o którą cię nie podejrzałem bądź o poziomie głupoty, który niepokojąco się podniósł, odkąd mieliśmy szansę rozmawiać równie długo, co dzisiaj - Jazz mgliście orientował się, że było to nader rzadko, o ile w ogóle. - Przestań tyle kłapać jadaczką, nie ma czasu i jak matkę kocham jak się nie uspokoisz to będę musiał ci pomóc.
Przyspieszył, poprawiając jeszcze medalik na swojej szyi z tym samym wzorem, co miała Ramona i prezentując część wyblakłych blizn.
- Później, dobra? - nie czekając na odpowiedź i nie wahając się ani przez chwilę, co do wyznaczonego kierunku.
- Słabość? Do ciebie? Proszę cię - parsknął wyraźniej, rzucając mu kolejne litościwe spojrzenie. - Na traktowanie jak kogoś z rodziny trzeba sobie zasłużyć.
Tak. Właśnie tak rozumiał pojęcie słabości.
- Jesteś zwyczajnie jak ten niezdara z bajki. Bambi. Wygląd, prezencja sama w sobie, co mam poradzić? Ramona nie miałaby być o co być zazdrosna - skomentował jakże czule tamte uwagi po tym jak ruszyli na targ, gdzie miał obecnie przebywać ojciec Ricardo.
- Nic dziwnego. Moja różdżka to profesjonalistka w swoim fachu. Lata doświadczenia - nie, nie orientował się w drugim dnie stosowanych słownych przepychanek. - Z kawałek na pewno, ale na miotle byłbyś w stanie się spokojnie dostać. Tak z pół dnia i jesteś na miejscu. Tylko wcześniej się umyj, bo inaczej smok sam siebie spali, żeby nie czuć tego smrodu.
Dreptali teraz między typowymi budynkami pobliskiej wioski. Dało się przyuważyć pierwsze stoiska. Wokół nich robił się coraz większy zgiełk. Widząc jak pędzi wóz kupiecki w ich stronę, Luna instynktownie złapał Vasila za ramię i przyciągnął bliżej siebie.
- Uważaj. I nie, nie nazwę. Muszę się jeszcze zastanowić czy w ogóle powinienem cię przedstawiać - zwiększył głośność swojego głosu, żeby na pewno go usłyszał. Z hiszpańskimi przekupkami nie było żartu, a przecież mieli zaraz zostać całkowicie pochłonięci przez okoliczny tłum. - Starszego, przyjaznego mężczyzny, który dużo podróżował na statkach i zajmował się połowami. A następnie? Nieprzewidywalnej... grupy. Grupy rodowitych Hiszpanów. Bądź mniej sobą i nikogo nie prowokuj to jakoś przetrwasz. Sam też nie daj się sprowokować. I jak każą ci się napić to nie odmawiaj. Zawsze możesz udać, że pijesz. Nie próbuj czarować ani się wymądrzać, nawet jeśli palną zupełną głupotę. Mogę być dla ciebie bardziej... nie wiem jak to po angielsku określić, więc przyjmijmy, że bezczelny.
W końcu przystanęli przy stoisku z dużą ilością ryb, również tych magicznych o nietypowych kształtach i rozmiarach. Niektóre z nich mieniły się niczym tęcza.
- Wujek Matias? Soy yo, Jazz. Kupę lat - od razu wyrwał się do przodu, szczerząc odrobinę zęby. - Nic się nie zmieniłeś!
- *Jaziel?! Ty tutaj?! Wiesz, że mój angielski jest słaby! Mówmy proszę po hiszpańsku* - przemówił niski opalony mężczyzna o siwych włosach związanych w kucyka. Wytarł pospiesznie ręce w ścierkę, która do niego podleciała, po czym porządnie go uścisnął. - *Ricardo się ucieszy jak się dowie, że wpadłeś! Opowiadaj, co u ciebie, jak w pracy?*
- *Wujku, to nie rozmowa na teraz. Wiesz, mam coś do załatwienia. Bardzo pilnego i tak się zastanawiałem, czy wraz z moim współpracownikiem możemy się zatrzymać na dzisiejszą noc. Wszystko ci zaraz w skrócie wyjaśnię* - słowa padały pospiesznie, a twarz woźnego stężała. Wuj Matias zdawał się odrobinę roztrojony, ale nie tracił ani odrobiny swojej pogody ducha. Rozmowa rozwinęła się dalej, a Jaziel starał się w dużym skrócie przedstawić to, do czego doszło. Ojciec Ricardo zdążył jeszcze porządnie zlustrować wysokiego obcokrajowca i zadać mu kilka pytań z pomocą Luny, nim uzyskali możliwość na skorzystanie z jego gościnności.
- *Wkrótce powinien wpaść Ricardo z resztą. Po tym jak wysłałem mu wiadomość, stwierdził, że nie może tego przegapić*.
Woźny dał znać za pomocą porozumiewawczego spojrzenia Vasilowi, nim popchnął go w stronę łazienki.
- Umyj się i przebierz w coś zwyczajnego. Jak niczego takiego nie posiadasz to mogę ci dać. Nie możemy sobie pozwolić na jeszcze większe opóźnienia. A i jeszcze jedno - klepnął go ostrzegawczo w ramię. - Pod żadnym kurwa pozorem się nie wygadaj.

@Vasil Darkintis

@Kot (chyba można już coś kminić)
[Obrazek: tumblr_mpj6az2TcG1qgdtr7o6_250.gif]

Where'd all the time go?
It's starting to fly
See how the hands go
Waving goodbye
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości